Chewsuretia, czyli krótka wyprawa do innego świata

Oddalona o 100 kilometrów od Tbilisi – Chewsuretia, to dzika i słabo zaludniona kraina w sercu Kaukazu Wielkiego. Znana jest z niesamowitych kamiennych wież, które wznoszono w średniowieczu dla obrony granic. Ludzie zamieszkujący te tereny znani byli ze swojej waleczności, siły i odwagi. Dziś pozostało tu niewielu Chewsurów. Ich kamienne twierdze są opuszczone i popadają w ruinę, a dzika przyroda powala swoim pięknem. To wszystko można zobaczyć podczas wyprawy do Gruzji, zaledwie cztery godziny jazdy od Tbilisi.

OPUSZCZAMY CYWILIZACJĘ
Autobus do Barisacho, największej dziś miejscowości w Chewsuretii, odjeżdża o 16.15. To dobrze, bo mamy czas, żeby dojść do siebie po wczorajszej uczcie. Dworzec Didube w Tbilisi to inny świat. Setki busów, kierowców i pasażerów kłębią się na zabłoconym placu pomiędzy straganami z żywnością. Hałas, smród i szpetota, czyli produkt uboczny cywilizacji w swoim najgorszym wydaniu.
Potrzebujemy pomocy, żeby znaleźć właściwy autobus. Co prawda na każdym  jest napisane dokąd jedzie, ale jeśli się nie zna makaronowych gruzińskich literek, to te napisy nie są zbyt pomocne. Wystarczy jeden rzut oka na pojazd, którym mamy podróżować, żeby zrozumieć, że będzie to niezapomniane przeżycie. Stary, zardzewiały Ikarus jest już częściowo załadowany różnego rozmiaru paczkami, pudłami i workami. Zajmujemy nasze miejsca i obserwujemy, jak powoli schodzą się ludzie i upychają kolejne pakunki pod siedzeniami i w przejściu. Wygląda na to, że wszyscy pasażerowie się dobrze znają.

PNIEMY SIĘ W GÓRĘ
Wyruszamy punktualnie i z mozołem toczymy się w kierunku Wielkiego Kaukazu. W okolicach malowniczego zbiornika Żinwalskiego skręcamy w prawo i zaczynamy piąć się pod górę po krętej drodze. Z czasem asfalt niepostrzeżenie znika i autobus telepocze się na wybojach szutrowej drogi. Dosyć często zatrzymujemy się, żeby kogoś zabrać lub wysadzić, ale przeważnie po to, żeby czekającym przy drodze ludziom przekazywać przesyłki lub zakupione dla nich w mieście towary.
Na którymś z postojów kierowca pyta, czy mamy gdzie spać w Barisacho. Odpowiadamy przecząco, więc proponuje pomoc w znalezieniu pokoju. Po kilku telefonach informuje nas z dumą, że właścicielka kwatery będzie na nas czekać na przystanku. Sugeruje również, że może nam zorganizować transport na następny dzień. W ten sposób zanim jeszcze dotarłyśmy do Barisacho cały nasz pobyt tam był już zorganizowany.
Dojeżdżamy do celu po zmroku. Wysiadamy w centrum osady, na małym placyku i od razu wpadamy w objęcia Sydonii – naszej gospodyni. Uzgadniamy, że spędzimy u niej dwie noce. Dom jest stary i skromnie urządzony, ale antena satelitarna jest i łazienka z bieżącą wodą też. Większych luksusów nie można sobie tu wyobrazić. Chwilę później pojawia się Gocza – to on ma być naszym kierowcą następnego dnia – ustalamy trasę przejazdu, cenę i umawiamy się na 7 rano.

TAKSÓWKĄ DO SERCA CHEWSURETII
Kiedy wychodzimy z ciepłego domu w wilgotne i chłodne powietrze poranka, jest jeszcze szaro. Niebo dopiero się rozjaśnia nad szczytami otaczających nas gór, a my mamy pierwszą okazję, żeby rozejrzeć się po wiosce. Wieczorem wszystko było ukryte w mroku. Może to i lepiej, bo widok ukazujący się naszym oczom jest dość przygnębiający: stare, rozpadające się domy, jakiś odrapany blok, błotniste uliczki, a na środku placyku stoi białe wiekowe żiguli, którym mamy dziś podróżować po Chewsuretii. Tak nazywa się ten górski region przy granicy z Czeczenią. Jest to jeden z najdzikszych i najrzadziej zamieszkanych obszarów Gruzji.
Przed nami trasa licząca około 40 kilometrów, ale przejechanie nią zajmie nam ponad 3 godziny. Droga wspina się na przełęcz Datwis Dżwari na wysokości 2676 m n.p.m., wiedzie przez strumienie, serpentyny i urwiska dostarczając wielu wrażeń. Roztaczające się przed nami widoki zapierają dech w piersiach, bo wschodzące słońce oblewa ciepłym światłem monumentalne góry pokryte wielobarwnym kobiercem drzew. Jest październik, więc las przybrał już jesienne kolory i wydaje się, że Kaukaz płonie.

WIDOKI Z PRZEŁĘCZY
Gocza czyni naszą podróż jeszcze bardziej atrakcyjną puszczając rosyjską muzykę na cały regulator. Pali papierosa i dzielnie kluczy między największymi dziurami. Okazuje się, że pracuje jako pogranicznik, a w wolnych chwilach dorabia jako taksówkarz. Zatrzymujemy się na przełęczy, żeby podziwiać szczyty gór wyłaniające się ponad chmurami, przez które przed chwilą przejeżdżaliśmy. Znajduje się tu kapliczka, przy której tubylcy oddają cześć Bogu, albo bogom. W tym regionie wiara chrześcijańska wciąż współistnieje z dawniejszymi wierzeniami pogańskimi. Dlatego też przy kapliczce stoją kubeczki z czaczą jako dar dla bóstw.
Zaczynamy zjeżdżać w dół do głębokiej doliny. Jest tak przepastna, że na jej dnie wciąż jeszcze jest ciemno. Takie głębokie kaniony są typowe dla krajobrazu Chewsuretii, dlatego nazwa tej krainy pochodzi od gruzińskiego słowa „chewi”, czyli wąwóz. Na trasie robi się tłoczno, co prawda nasz samochód jest tu jedyny, ale musimy dzielić drogę z setkami owiec idących na pastwiska. Strzegą ich bardzo groźne i wrzaskliwe psy pasterskie.

KAMIENNA TWIERDZA
W końcu naszym oczom ukazuje się Szatili – średniowieczne miasto twierdza. Chewsurowie zawsze musieli walczyć o zachowanie niezależności zarówno z Czeczenami i Inguszami, jak i z samymi Gruzinami. Dlatego też do perfekcji opanowali trudną sztukę walki i budowy fortyfikacji. Swoje wioski przyklejali do zbocza góry w miejscach oblewanych przez rwące górskie rzeki. Dzięki temu osady były bronione w naturalny sposób z wszystkich stron. Poszczególne kamienne domostwa przylegają do siebie tak, że dach jednego stanowi taras następnego. Całość góruje nad doliną rzeki Argun.
Spacerujemy po twierdzy, jak po opuszczonym mieście. Gocza tłumaczy, że o tej porze roku większość mieszkańców już wyjechała na południe, żeby spędzić zimę w jakimś bardziej przyjaznym dla ludzi miejscu. Ci, którzy jeszcze są w wiosce, wyjadą w ciągu najbliższego tygodnia. W połowie października zawsze spada pierwszy śnieg i czyni przełęcz nieprzejezdną, a tym samym odcina Szatili od reszty świata. Na zimę pozostają tu tylko dwie osoby. Reszta wraca dopiero w maju, gdy śnieg na przełęczy topnieje. Jesteśmy więc prawdopodobnie ostatnimi turystkami.
Niedaleko od starej twierdzy znajduje się nowa osada. Dwa rzędy domków połączonych ze sobą szeregowo, żeby łatwiej było je ogrzać. Przy każdym znajduje się antena satelitarna. Kawałek dalej znajduje się szkoła. Widzimy nawet dzieciaki biegnące na lekcje z zeszytami w rękach. Mają tak blisko, że plecaki to zbędna fanaberia.

MIASTO NA SZCZYCIE SKAŁY
Z Szatili można pojechać samochodem jeszcze kawałek dalej do Muco. To kolejna średniowieczna twierdza usytuowana na pionowej niemal skale na wysokości 1880 m n.p.m. Istnieje tam wciąż 30 domostw, wieże obronne i ruiny innych budynków. Od ponad stu lat jest opuszczona i popada w ruinę. Dawniej była jedną z głównych osad w regionie, gdzie żyli królewscy wojownicy broniąc dostępu do Gruzji. Mieli też bronić skarbów, które składano w ofierze przed czczoną tu ikoną Broliskalo. Zgodnie z legendą skarb ten jest nadal ukryty gdzieś w okolicy.
Prawdziwym skarbem tego miejsca jest jednak cisza i spokój. Żeby się dostać do twierdzy trzeba się trochę pomęczyć wspinając się stromą ścieżką, ale nasze trudy wynagradza widok na dolinę i piętrzące się nad nią szczyty. Jesteśmy tu całkiem same. Przez cały dzień nie widziałyśmy ani jednego turysty, więc czujemy się jak jedyni widzowie na premierze świetnego spektaklu. W roli głównej występują zbocza Kaukazu Wielkiego, które sięgają tu 4 500 m n.p.m.
Powoli wyruszamy w powrotną drogę. Wpadamy jeszcze do myjni, którą jest wodospad spływający tuż przy drodze. Gocza wjeżdża pod strumień wody, włącza wycieraczki i myje samochód. Znowu wspinamy się na przełęcz i zjeżdżamy z niej w stronę Barisacho. Docieramy tam wczesnym popołudniem i wyruszamy na spacer po wiosce.

KOLACJA W BARISACHO
Ludzie żyją tu skromnie i prosto. Domy są stare i rozpadające się, przed nimi rdzewieją rozklekotane samochody, a w środku zużyte meble opierają się o obdrapane ściany. Między tym wszystkim snują się zblazowane wszechobecne w Gruzji krowy. W jedynym tutaj sklepie czekamy cierpliwie aż ekspedientka skończy rozmawiać przez telefon zanim nas obsłuży. Nasza gospodyni Sydonia wypieka w domu chleb dla całej osady. Po naszym powrocie podaje nam kolację.
Zajadamy pyszne naleśniki, dżem, ciasto, zupę, chleb i ser – wszystko domowej roboty. Gospodyni nie siada jednak z nami przy stole tylko stoi obok i obserwuje nas z zakłopotaniem. Jest chudziutka i sprawia wrażenie bardzo delikatnej i kruchej. Muszą to być jednak tylko pozory, bo spoczywa na niej ciężar utrzymania całej rodziny. Ma trzech synów, których wychowuje sama, bo mąż zmarł wiele lat temu. Cicha i skromna, wydaje się, że z pokorą przyjmuje swój los.
Wieczorem zrywa się potężna burza i nagle gaśnie światło. Siedzimy w kompletnej ciemności. W całej wiosce przez wiele godzin nie ma prądu. Słuchając odgłosów wichury i starego skrzypiącego domu ciężko zasnąć w tym zapomnianym zakątku świata. Następnego dnia rano musimy wyjeżdżać, ponieważ autobus jeździ do stolicy tylko co drugi dzień.

POWRÓT DO CYWILIZACJI
Wsiadamy więc znowu do Ikarusa, kierowca dopytuje, czy podobał nam się nocleg, który nam zorganizował i co sądzimy o kierowcy. Naszych odpowiedzi słuchają wszyscy w autobusie i z entuzjazmem przyjmują pochwały, które wygłaszamy pod adresem Goczy. Wygląda na to, że ma tu reputację lokalnego amanta. Jedzie z nami też nasza gospodyni. Bolą ją zęby, więc wybrała się do Tbilisi do dentysty. Pasażerowie przez całą drogę plotkują o sprawach lokalnej społeczności.
Trzy godziny jazdy mijają niepostrzeżenie i nagle uświadamiamy sobie, że znów jesteśmy w centrum cywilizacji, na jednym z najtłoczniejszych i najbrudniejszych dworców świata. Zostawiliśmy za sobą cudowne krajobrazy i błogą ciszę dzikich gór Kaukazu. Niby trzy godziny jazdy, a między tymi dwoma światami jest istna przepaść.

Autor: Monika Pazera