„Gruzja nieodkryta” już jest odkryta – relacja z wyprawy cz. 1

Dziś na blogu świeża, jeszcze pachnąca relacja z naszej niesamowitej wyprawy do Gruzji, która miała miejsce w terminie 9-17.08.2015r. Odkrywaliśmy nieznane szlaki Gruzji, ale o tym poczytajcie sami…Autorem relacji jest Monika Pazera, która była jednocześnie pilotką naszej grupy.

A tutaj znajdziecie pełny program tego wyjazdu 😉 – http://czajkapodroze.pl/wycieczki/gruzja-nieodkryta-gorna-swanetia-adzaria-samcche-dzawachetia

Nasza kameralna trzyosobowa grupa wyruszyła z Warszawy odkryć „Gruzję nieodkrytą”. Nikt nie wiedział dokładnie, co ich czeka, nawet pilotka. W końcu tytuł programu nie został wybrany przypadkowo. Grupa miała w planie odwiedzenie miejsc, których zazwyczaj nie ma w programach oferowanych przez większość biur podróży. Między innymi mieli odnaleźć meczety w Adżarii, o których sam Wojciech Górecki pisze, że są dobrze ukryte. Pewne niewiadome w programie tylko dodawały wyprawie atrakcyjności i sprawiały, że nasi klienci: Magda, Kamilla i Gustaw byli bardzo podekscytowani.

DZIEŃ 1: SWANETIA, MESTIA
Po wylądowaniu w Kutaisi spotkaliśmy się z Wacho – naszym kierowcą i przewodnikiem w jednej osobie. Poznaliśmy też jego jedyny w swoim rodzaju samochód, który, jest w stanie wjechać w największe zakamarki Gruzji i przebrnąć przez największe bezdroża. Wznieśliśmy tradycyjny toast za powodzenie wyprawy i wyruszyliśmy w stronę Swanetii. Witało nas słońce wschodzące nad Kaukazem.
Zanim wjechaliśmy na krętą i malowniczą drogę do Mestii, stolicy regionu, w przydrożnym zajeździe zjedliśmy pierwsze chaczapuri w trakcie tej wyprawy. Urzeczeni widokiem otaczających nas gór Wielkiego Kaukazu, nie pojechaliśmy prosto do Mestii tylko skręciliśmy w stronę Becho i wyruszyliśmy stamtąd na pierwszy treking w stronę wodospadów Mazeri. W upale i spiekocie południowego słońca, bryza od wodospadów dawała cudowne wytchnienie, a dla dodatkowej ochłody można było zamoczyć nogi w lodowatej wodzie górskiego strumienia.
Do Mestii dojechaliśmy dość późno, ale nie marnowaliśmy czasu, tylko po szybkim obiedzie ruszyliśmy do lokalnego kowala-hobbisty. Giorgi pokazał nam jak tworzy noże, wykuwa stal na ostrza i obrabia je. Po zakończonym pokazie zaprosił nas na wspaniałą ucztę zakrapianą winem i wznosił fantastyczne toasty typowe dla gruzińskiej kultury. Wszyscy byli urzeczeni bezinteresowną i naturalną gościnnością gospodarzy oraz prostym, ale wyśmienitym jedzeniem.

 

DZIEŃ 2: SWANETIA, MESTIA
Kolejny dzień przywitał nas równie piękną i upalną pogodą. Ruszyliśmy na kolejny trekking lekko ułatwiając sobie zadanie. Wjechaliśmy naszym supersamochodem na górującą nad Mestią Górę Krzyżową a stamtąd pieszo dotarliśmy do jeziorek Koruldi. Odbijające się w lustrze wody góry sprawiały cudowne wrażenie, a pasące się wokół konie czyniły widoki jeszcze bardziej romantycznymi.
Po powrocie do Mestii odwiedziliśmy typowy swański dom, posłuchaliśmy o zwyczajach panujących w tradycyjnej swańskiej rodzinie i weszliśmy na dach jednej z koszek, czyli wież obronnych typowych dla lokalnej architektury. Stamtąd udaliśmy się na Hacvali, gdzie działa kolejka linowa pozwalająca w kilka minut dostać się na szczyt góry Zuruldi (2340 m. n.p.m.). Stamtąd można podziwiać w pełnej krasie najbardziej majestatyczną z okolicznych gór – Ushbę.

 

DZIEŃ 3: SWANETIA, USHGULI
Trzeciego dnia opuściliśmy Mestię i wyruszyliśmy w kierunku Ushguli – najwyżej usytuowanej wioski w Europie (zdaniem Gruzinów). Dystans dzielący nas od niej (46 km) pokonaliśmy w zawrotnym tempie, jak na panujące warunki drogowe. Na przejazd krętą i wyboistą drogą Wacho potrzebował tylko dwie godziny.
Ushguli jest zjawiskowym miejscem. Każdego urzeka widok starych kamiennych wież na tle majestatycznej ściany Szchary, której szczyty zazwyczaj ukryte są w chmurach. Szchara kusi swoją sylwetką, skusiła i nas, więc wyruszyliśmy na trekking do jęzora lodowca, który schodzi z jej zboczy. Przez większość trasy jest to w zasadzie spacer, ale adrenalinę podnosił wszechobecny barszcz Sosnowskiego. Olbrzymie baldachy jego kwiatów górowały w wielu miejscach nad ścieżką. W końcowej części trasa staje się dość stroma i ze względu na rumosz skalny niestabilna. Bliskość lodowca robi olbrzymie wrażenie. Tego dnia było jednak tak gorąco, że nawet siedząc na jęzorze lodowca nie czuliśmy chłodu.
Po powrocie do Uszguli zjedliśmy przepyszne kubdari (placek z mięsem) u naszej gospodyni a potem odwiedziliśmy lokalnego artystę Fridona Nizharadze. Jest on wielkim ekscentrykiem i wizjonerem. Jego obrazy przedstawiają szalone wizje, ale każdy ma jakiś swański symbol. Wieczorem oglądaliśmy spadające gwiazdy i dyskutowaliśmy długo przy butelce czaczy.

 

DZIEŃ 4: UREKI
Swanetia jest piękna i czarująca, ale kiedyś trzeba było ją opuścić by poznać również inne części Gruzji. Zjechaliśmy więc z gór oglądając po drodze jedną z najwyższych tam na świecie na rzece Inguri. W Zugdidi zjedliśmy wielki przysmak kuchni megrelskiej – gebżaliję oraz słynne pierożki chinkali. Późnym popołudniem dotarliśmy do Ureki, którego słynne czarne piaski mają właściwości lecznicze. Morze było rozkosznie ciepłe mimo dość sporych fal. Kąpaliśmy się przy zachodzie słońca.
Doznaliśmy lekkiego szoku zderzając się z tłumem wczasowiczów i gwarnym nocnym życiem kurortu. Wesołe miasteczko, strzelnice, dancingi i knajpy z głośną muzyką trochę nas przerażały po trzech dniach w górskiej dziczy. Uciekliśmy szybko na plażę, gdzie raczyliśmy się pysznym słodkim arbuzem i leczyliśmy reumatyzm w magnetycznych piaskach.

Ciąg dalszy nastąpi…