Uczta nad miastem, czyli włóczęga po Tbilisi

Podczas wycieczki do Gruzji zwykle zwiedzanie zaczynamy od stolicy – Tbilisi. Można ją zwiedzać, jak każde inne miasto poruszając się w linii prostej od zabytku do zabytku. Zyskuje ono jednak zdecydowanie na atrakcyjności, gdy porzuci się utarte szlaki i rozpocznie bezcelową włóczęgę po mieście. Wtedy na pewno natkniemy się na ukryte perełki i tajemnicze zakątki, w których tkwi prawdziwy urok tego miasta.

WINO NA POWITANIE
Samolot ląduje w środku nocy. Już przy podejściu do lądowania można podziwiać płonące tysiącami świateł Tbilisi z charakterystyczną wieżą telewizyjną górującą nad miastem. Przy odprawie paszportowej każdy turysta dostaje na powitanie buteleczkę gruzińskiego wina. To zapowiedź tutejszej gościnności i przedsmak suto zakrapianych uczt, które na nas czekają podczas każdej wyprawy do Gruzji. Z tym skarbem wychodzę w objęcia ciepłej gruzińskiej nocy na spotkanie z przygodą. Bo wizyta w Gruzji to zawsze zapierająca dech w piersiach przygoda.
Interesującym przeżyciem jest już sam dojazd do centrum miasta. Taksówka sprawia wrażenie, jakby miała się zaraz rozpaść, muzyka dudni w głośnikach, taksówkarz pędzi pustą ulicą i patrząc w lusterko ciągle mnie zagaduje. Jak wszyscy Gruzini jest przemiły, a prawienie komplementów przychodzi mu z niezwykłą łatwością. Trzeba się do tego przyzwyczaić – Gruzini kochają kobiety i uwielbiają je adorować. Tygodniowy pobyt tutaj poprawia znacząco moją samoocenę.

SERCE KAUKAZU
Tbilisi to serce Kaukazu. Europa i Azja od zawsze walczyły tutaj o wpływy, a walka ta pozostawiła widoczne ślady w krajobrazie miasta. Świadczy o tym chociażby fakt, że w samym jego centrum na przestrzeni 500 metrów można natknąć się na świątynie ormiańską, gruzińską i katolicką, meczet oraz synagogę. Dziś nadal wszystkie funkcjonują jako miejsca kultu i są odwiedzane przez licznych wiernych. Różne kultury od wieków przenikały się tu tworząc bogatą i oryginalną mieszankę, która dziś zachwyca każdego, kto spaceruje po wąskich uliczkach Starego Tbilisi.

AZJA CZY EUROPA?
Europejskość gruzińskiej stolicy przejawia się w architekturze Alei Rustawelego. Wznoszą się przy niej klasyczne budynki użyteczności publicznej budowane w XIX wieku z inicjatywy Rosjan. Daje ona o sobie znać również w postaci secesyjnych mieszczańskich kamienic, monumentalnych gmachów z okresu radzieckiego oraz futurystycznych budowli powstających współcześnie w błyskawicznym tempie.

Azja odcisnęła na Tbilisi orientalne piętno w architekturze takich budynków jak Teatr Opery i Baletu lub Łaźnia Pstra. Jednak najbardziej azjatycka cecha miasta to wszechobecny chaos. Samochody jeżdżą po ulicach według bliżej nieokreślonych reguł. Hałas silników miesza się z odgłosami klaksonów i rezonuje od zboczy otaczających miasto wzgórz. Każda próba przejścia przez ulicę grozi śmiercią lub trwałym kalectwem, bo pieszy nic nie znaczy nawet na pasach. Lokalni mieszkańcy są do tego przyzwyczajeni, więc skaczą pomiędzy pędzącymi samochodami, a ja za każdym razem rozważam zamówienie taksówki, żeby przewiozła mnie na drugą stronę ulicy.

TRADYCJA CZY NOWOCZESNOŚĆ?
Tbilisi to również miasto kontrastów i nie jest to pusty frazes. Przy jednej ulicy stoją futurystyczne wieżowce i rozpadające się ze starości domy. W korkach tkwią obok siebie najnowsze modele mercedesów oraz przedpotopowe poobijane, ale wciąż niezawodne żiguli. Przy Alei Rustawelego w centrum miasta znajdują się szykowne restauracje i eleganckie sklepy. Prawdziwe Tbilisi można jednak znaleźć dopiero, gdy odejdzie się kilka korków w bok od głównej ulicy i zajrzy na podwórko którejś kamienicy. Życie toczy się tam innym rytmem. W maleńkich piekarniach wypieka się pyszny chleb puri w tradycyjnych piecach tone. Mężczyźni przyklejając bocheny do wewnętrznych ścian pieca wykazują się zwinnością nurkując raz za razem w ich wnętrzu. Odbywa się to na oczach klientów i przypomina cyrkowe popisy akrobatów.

KOLACJA NAD MIASTEM
Świeży gorący chleb najlepiej smakuje z miejscowym słonym serem. Do tego wystarczy dodać tutejsze mięsiste soczyste pomidory, chrupiące słodkie ogórki i otworzyć gruzińskie wino – smakowita uczta jest gotowa. Pełna prostych, ale wyrazistych smaków, jak w dzieciństwie, kiedy najlepiej smakował świeży chleb z masłem. Gwarantuję, że posiłek ten wyda się jeszcze smaczniejszy, jeśli zjemy go pod murami twierdzy Narikała. Znajduje się ona na szczycie wzgórza, z którego roztacza się niezapomniany widok na stare Tbilisi, rzekę Kurę i liczne cerkwie wyrastające swoimi kopułami ponad dachy domów. Panorama miasta największe wrażenie robi nocą, gdy pięknie podświetlone budynki wyłaniają się z mroku, rzeka wije się połyskując między nimi, a powietrze jest wciąż nagrzane i pełne letnich aromatów.
Gruzini wychodzą z założenia, że jeśli tylko jest to możliwe to należy unikać chodzenia, dlatego też na szczyt wzgórza można wyjechać kolejką. Działa ona do północy, więc łatwo zaplanować romantyczną kolację przy światłach miasta zamiast świec. Przy okazji można przywitać się z Matką Gruzją. Jej monumentalny pomnik wznosi się w pobliżu twierdzy. Kartlis Deda otacza Tbilisi opieką witając przyjaciół czarą wina i grożąc wrogom mieczem. Jest świetną metaforą gruzińskiego charakteru. Gruzini bowiem skłonni są do przesady i popadania ze skrajności w skrajność. Dla przyjaciół są niezwykle gościnni i serdeczni, ale dla wrogów – bezlitośni.

W POSZUKIWANIU PEREŁEK
Spacer po Tbilisi zawsze zaczynam od odwiedzenia największych atrakcji turystycznych: górującej nad miastem olbrzymiej cerkwi św. Trójcy, ukrytej w zakamarkach Starego Miasta najstarszej cerkwi Anczischati oraz dostojnej katedry Sioni. Lubię przespacerować się wzdłuż rzeki Kury od nowoczesnego Mostu Pokoju do cerkwi Metechi przed którą dumnie stoi pomnik Wachtanga Gorgasala – założyciela miasta. Potem oddalam się od głównych ulic i snuję się po tych mniejszych, zaniedbanych i zapomnianych. Tutaj można odnaleźć skarby w postaci małych, rodzinnych knajpek, świątyń różnych wyznań, uroczych skwerów, gdzie przesiadują lokalni mieszkańcy.

RELAKS PODRÓŻNIKA
Obecnie spacer taki może być jednak męczący, gdyż Tbilisi to jeden wielki plac budowy. Jest to jeden z powodów, dla których warto tu przyjechać jak najszybciej, jeszcze zanim zniknie to stare, czarujące miasto. Jednak, gdy zgiełk samochodów i hałasy z placów budowy stają się zbyt uciążliwe, warto uciec gdzieś dalej od centrum. Fascynującym miejscem jest Muzeum Etnograficzne – skansen usytuowany na zboczach jednego z licznych wzgórz otaczających miasto. Spacerując po nim można poznać tradycyjną architekturę różnych rejonów Gruzji i nacieszyć oczy imponującą panoramą miasta. Stamtąd spacerkiem można udać się nad Jezioro Żółwie, gdzie w jednej z restauracji nad wodą można wypić kolejny kieliszek wina i zrelaksować się.

ZAPACH SIARKI I SZORSTKA SZMATA
Niewątpliwie jednak najbardziej odpowiednim miejscem do relaksu są słynne tbiliskie łaźnie, w których zażywa się kąpieli w siarkowych źródłach. To od nich wszystko się zaczęło. Wachtang Gorgasal założył tu miasto w V wieku, żeby ludzie mogli korzystać z dobrodziejstw ciepłej bieżącej wody. Łaźnie wykorzystywane są nie tylko do tego, aby dbać o higieną i urodę, ale są też miejscem spotkań towarzyskich, biesiad i przyjęć. Można tu wynająć z przyjaciółmi prywatny apartament i oddać się w ręce doświadczonych masażystek. Wrażenia są niezapomniane, choć pierwsze skojarzenia na widok starszej dobrze zbudowanej pani z szorstką szmatą w ręce nie są przyjemne. Pozory jednak mylą i po zabiegu człowiek czuje się jak nowonarodzony.

Czysta, pachnąca i gładziutka udaję się na prawdziwą ucztę do jednej z setek tradycyjnych restauracji. Warto wybrać taką, w której odbywają się pokazy tradycyjnych tańców. Delikatne i wiotkie jak trzcina kobiety suną płynnie po parkiecie uwodzicielsko poruszając rękami, a wokół nich krzepcy i zwinni mężczyźni dają popis swojej sprawności podskakując pod sufit i symulując walkę na miecze. Widowisko jest fascynujące.

SUPRA – PRAWDZIWA UCZTA
Supra – gruzińska uczta – może odbyć się tylko w towarzystwie prawdziwych Gruzinów. Potrzebny jest bowiem tamada, który będzie wznosił rozczulające toasty, a oni mają to we krwi. Stół jest już zastawiony lokalnymi przysmakami. Zaczynam od chaczapuri, z którego kusząco spływa roztopiony ser, zagryzam kurą w sosie orzechowym i bakłażanami, a na koniec ze smakiem zjadam chinkali. Pyszny rosół ze środka pierożka cieknie mi po brodzie, gdy tamada przystępuje do wznoszenia pierwszego toastu – obowiązkowo za Boga.
Kolejne toasty wznoszone są za Gruzję, za pokój, za przyjaźń polsko-gruzińską, aż w końcu dochodzimy do mojego ulubionego – za piękne kobiety: żebyśmy zawsze były takie piękne, młode i kwitnące jak tego wieczoru. Mężczyźni wstają i, na znak szacunku oraz żeby zaimponować kobietom, z większych kieliszków niż dotychczas wypijają wino do dna. Potem wnoszone są kolejne smakowite potrawy i kolejne dzbanki z domowym winem. Nad ranem nieśmiało proponuję, żeby wznieść ostatni toast i iść spać, ale w Gruzji nie pije się ostatniego toastu. Ostatni jest tylko dla wrogów!

Autor: Monika Pazera