Opowieści z Kirgistanu, część 1. O odlotach i zawrotach.

„Były nawet bez majtek. Zupełnie goluśkie. Starsze dziewczyny z trudem przedzierały się przez wybujałe chwaściory, młodsze gnały jak szalone, a pyłek z kwitnącej anaszy oblepiał ich ciała grubym kożuchem” to cytat ze świetnej książki Jacka Hugo Badera „W rajskiej dolinie wśród zielska”. Czasami obrazy zobaczone i opisane przez pisarza wchodzą do głowy czytelnika; jak robak toczą mózg i zarażają chęcią ruszenia się z miejsca i pojechania w te wszystkie miejsca opisane w książce. Tak zaraził mnie Rumunią Stasiuk, a daleką rosyjską Północą Kapuściński. To, co w tytułowej dolinie zobaczył Hugo Bader, zostało w mojej głowie na lata i doprowadziło do tego, że w końcu sama wybrałam się do Kirgistanu.

Co takiego opisywał Jacek Hugo Bader? Ponoć najlepszy i najwydajniejszy sposób zbierania konopi indyjskiej, z której potem powstaje marihuana i haszysz. Nagie kobiety biegały wśród krzaków a do ich naoliwionych ciał przyczepiał się pyłek, z którego powstawał najwyższej próby narkotyk. Zarządca plantacji zdrapywał go nożem z kobiet a one biegały, biegały i biegały by dostać swoją działkę. Nie wiem, czy to co opisuje Bader, to prawdziwa historia. Może to być tylko zabieg literacki mający na celu podniesienie atrakcyjności reportażu (nie od dziś bowiem wiadomo, że „jak są cycki to jest główna”). Jak by jednak nie było – brzmi świetnie i porusza wyobraźnię.

Prawdą jest, że w nasłonecznionych wysokogórskich dolinach Kirgistanu konopie indyjskie mają znakomite warunki do rozwoju. W czasach Związku Radzieckiego Kirgistan był rajem dla wszystkich narkomanów, zjeżdżali tu tłumnie by u źródeł dostać najlepszy towar. Państwo walczyło z narkotykami przy użyciu lotnictwa i pestycydów ale bezskutecznie. Konopie rozpleniły się jak chwasty i zalały tą niewielką górską republikę. Dzisiaj można się na nie natknąć dosłownie wszędzie bo ilość w żaden sposób nie przełożyła się na jakość. Rośnie sobie toto bez przeszkód, wybujałe, zielone i tylko turystów z Zachodu dziwi, że może sobie tak rosnąć i żadna władza się tym nie zainteresuje. Mnie też to dziwiło ale chyba jeszcze bardziej zdziwiona moim zdziwieniem była kirgiska gospodyni, u której mieszkaliśmy w Biszkeku. Dla niej konopie rosnące za płotem są tak naturalnym elementem otoczenia jak dla nas pokrzywa czy perz.

Jadąc do Kirgistanu nie miałam oczywiście zamiaru brać udziału w żniwach konopi indyjskiej ani zwiedzać plantacji w Dolinie Toktogulskiej (przepraszam rozczarowanych brakiem bezpośredniej relacji i fotografii z wydarzenia). Jednak wizja nagich kobiet biegających wśród krzaków konopi stała się nieodłączną częścią zakładki pod tytułem Kirgistan. Jest tam razem z ośnieżonymi niebosiężnymi szczytami Tien Szanu, błękitnymi wodami górskich jezior, zielonymi ukwieconymi łąkami, na których pasą się konie. Są w tej zakładce białe jurty, gdzie można zaopatrzyć się w kumus i kurut. I jest skośnooki Kirgiz z tradycyjną, spiczastą czapeczką na głowie, patrzący na przyjezdnych z wysokości dosiadanego przez siebie konia. Jadąc do Kirgistanu trzeba być przygotowanym na odloty i zawroty głowy. Nie potrzeba do tego żadnych dodatkowych wspomagaczy – piękno krajobrazu, gościnności ludzi i bliski kontakt z przyrodą wystarczą, żeby odlecieć ze szczęścia.

 

Autor: Maria Kowalska